Wiadomość

Visits: 22

ROZDZIAŁ 1

Kilkudniowy wypad do Kołobrzegu planowaliśmy od dłuższego czasu. Ostatnio zbyt wiele czasu zajmowało nam zajmowanie się firmą, którą założyliśmy kilka lat temu. Dzień przed wyjazdem uzgodniłem z Rafałem, który był moją prawą ręką, wszystko, co niezbędne. Przede wszystkim to, aby pod żadnym pozorem nie dzwonili do mnie ani do Kasi, kiedy będziemy nad morzem. Lubiłem Rafała, choć moim zdaniem zbyt wiele uwagi poświęcał mojej dziewczynie i to głównie z nią, a nie ze mną, kontaktował się we wszystkich sprawach firmowych.
Z Torunia wyjechaliśmy w czwartek, około południa. Pogoda była świetna i oboje cieszyliśmy się na te kilka dni. Oboje lubiliśmy Kołobrzeg, głównie dlatego, że to właśnie tam się poznaliśmy. Prowadziłem naszego Forda i zerkałem na Kaśkę. Miedziane, krótko obcięte włosy, pięknie komponowały się z jej cerą. Biały tshirt jeszcze tę opaleniznę podkreślał. Obcisłe turkusowe jeansy i trampki dopełniały całości.

– Kiedy będziemy na miejscu? – zapytała, kiedy wyjechaliśmy z miasta.
– Myślę, że za niecałe cztery godziny.
– Najpierw idziemy na plażę – powiedziała i uśmiechnęła się do mnie. Była to bardziej informacja niż pytanie, ale i tak skinąłem głową.
Kiedy minęliśmy Chojnice, zauważyłem stojącą na poboczu dziewczynę, trzymającą spory kawałem kartonu z koślawym napisem „Kołobrzeg”.
– Zabierzemy ją? – zapytała Kasia.
– Wiesz, że nie lubię autostopowiczów – odparłem i spojrzałem w jej zielone oczy, których wyraz od razu skojarzył mi się z kotem ze Shreka.
– Daj spokój i tak tam jedziemy…
Nie miałem innego wyjścia, włączyłem kierunkowskaz i zatrzymałem się na poboczu. Dziewczyna wrzuciła plecak na tylne siedzenie i usiadła obok niego. – Gośka jestem – powiedziała i wyciągnęła rękę w naszym kierunku. Zauważyłem poobgryzane paznokcie z resztkami limonkowego lakieru i dużo tandetnej biżuterii na palcach.
– Kaśka.
– Marek.
Tyle jeśli chodzi o podziękowanie. Autostopowiczka miała asymetryczną zieloną fryzurę. Włosy po prawej stronie opadały jej na czoło, więc patrząc w lusterko widziałem tylko połowę jej twarzy. Miała na sobie czarny top odsłaniający brzuch, czarne jeansy ze sporą ilością dziur i męską koszulę w szaro zieloną kratę. Czarne, wysokie martensy nie były chyba zbyt odpowiednie na taką pogodę, ale pewnie nie to było dla niej ważne, kiedy je zakładała. Jechaliśmy chwilę bez słowa. Spojrzałem ponownie w lusterko, kiedy usłyszałem, że dziewczyna otwiera tylną szybę i wyrzuca przez okno tekturę, którą miała w rękach i zasuwa szybę. Spojrzeliśmy po sobie, a ona to zauważyła.

– Rozłoży się, co nie? Przecież to nie plastik! Sama natura! – powiedziała ze śmiechem i dodała – A może jeszcze się komuś przyda?
Popatrzyłem na Kaśkę wzrokiem pod tytułem „a nie mówiłem”, ale ona zdawała się być mocno rozbawiona całą tą sytuacją.
– Czym farbujesz? – odezwała się ni stąd ni zowąd Gosia.
– Mnie pytasz? – Powiedziała Kasia odwracając głowę w jej kierunku.
– No. Pytam czym farbujesz hery.
– To mój naturalny kolor…
– Bez jaj! Ja farbuję – powiedziała Gośka – i włożyła rękę w swoje włosy.
– Domyśliłam się…
Jechaliśmy w milczeniu. Ciszę przerwał sygnał wiadomości w komórce Gośki. Przeczytała i szybko zablokowała telefon.
– Możemy się zatrzymać na chwilę na parkingu? Tu niedaleko jest takie miejsce w lesie, zaraz za Rzecznicą. Wiecie, piłam piwo zanim się zatrzymaliście i muszę…
– Ok – powiedziałem nie będąc ciekawy szczegółów potrzeb naszej pasażerki.
– To od tego postoju, dalej poprowadzę ja – będziemy szybciej na miejscu – powiedziała moja dziewczyna i mrugnęła do mnie.
– To ty jeździsz szybciej od swojego faceta? – niedowierzała Gośka.
– Ja po prostu umiem wyprzedzać samochody i wiem gdzie w tym aucie jest piąty bieg…
– Bez jaj… – powiedziała zielonowłosa i uniosła brwi.
Nie skomentowałem tego tylko uśmiechnąłem się do Kaśki. W odróżnieniu od niej nie przepadałem za prowadzeniem samochodu.
– To będzie za chwilę po lewej stronie – usłyszałem z tyłu.
– Mhm – mruknąłem tylko, zwolniłem i skręciłem przed znakiem informującym o miejscu postoju dla samochodów.
Gośka wysiadła i oddaliła się wąską ścieżką w głąb lasu. Zapaliłem papierosa i spojrzałem na Kasię. Stała obok auta wyciągając wysoko ręce i przeciągając się.
– Najchętniej ruszyłbym teraz dalej, zostawiając ją tutaj.
– To już nie potrwa długo, zwłaszcza, że teraz to ja będę prowadzić – powiedziała i przechylając głowę na bok, wyciągnęła do mnie dłoń czekając na kluczyki.
Zrobiłem to, na co czekała, a ona od razu usadowiła się na miejscu kierowcy. Zgasiłem papierosa w koszu i spodziewając się, że czekanie zajmie jeszcze trochę, pomyślałem, że ja też skorzystam z okazji. Powiedziałem o tym mojej dziewczynie.
– Tylko nie idź tam gdzie ona – zaśmiała się.
– Przejrzałaś mnie! – powiedziałem – i ruszyłem w las.
Wokół było cicho i tylko za moimi plecami słychać było, co jakiś czas, przejeżdżające samochody. Miałem już wracać na parking, kiedy usłyszałem wołanie. Nie byłem pewny, ale wydawało mi się, że to głos Gośki. Dochodził jednak ze zbyt daleka. Po chwili wołanie powtórzyło się. Ruszyłem w tę stronę, ale nikogo nie zauważyłem. Miałem już zawracać, kiedy dotarłem do miejsca, gdzie las kończył się niewielkim urwiskiem. Na jego skraju stała ławka, a na niej czerwona, papierowa torebka. Wołanie już się nie powtórzyło, a ja skupiłem się wyłącznie na tym, co przed chwilą znalazłem. Na kartce przyczepionej do torebki ktoś napisał „Marek”. Zajrzałem do środka i zobaczyłem stary dyktafon Sony. Rozejrzałem się dookoła, ale nic nie zdradzało niczyjej obecności. Przycisnąłem „play” i usłyszałem głos tak bardzo przetworzony jakby pochodził od robota, a nie żywego człowieka. Wiadomość trwała zaledwie kilkanaście sekund. To, co usłyszałem kompletnie mnie sparaliżowało. Nie wiem jak długo stałem przy tej cholernej ławce. Kiedy zrozumiałem, co mogło się stać, oblał mnie zimny pot. Zacząłem biec w stronę szosy nie oglądając się za siebie. Kiedy dotarłem do parkingu, zobaczyłem nasz samochód. Wszystkie drzwi były otwarte. Ford był pusty. Nie było też plecaka autostopowiczki ani kluczyków.

ROZDZIAŁ 2

Stałem próbując zrozumieć, co się właściwie stało. Usiadłem w samochodzie odsuwając fotel do tyłu. Zapach perfum Kasi, który poczułem ścisnął mi gardło. Spojrzałem na dyktafon i ponownie odsłuchałem wiadomość. „Witaj Marku, jak wiesz fortuna kołem się toczy. Miałeś wszystko. To jest chwila, w której twój świat właśnie zaczął się walić. Stracisz wszystko i wszystkich i nic nie możesz z tym zrobić.” Dziesiątki pytań cisnęło mi się do głowy. Drgnąłem, kiedy gdzieś niedaleko rozległ się huk grzmotu. Nie zauważyłem nawet, że zaczął padać deszcz, który za chwilę przerodził się w regularną ulewę. Zatrzasnąłem drzwi auta i siedziałem próbując zebrać myśli. Musiałem zacząć działać i to jak najszybciej. Potrzebowałem telefonu, musiałem zadzwonić na policję, to wszystko, co przyszło mi do głowy. Spojrzałem na niewielką półkę pod kierownicą. Na szczęście, ktokolwiek zostawił wiadomość i porwał Kasię, nie zauważył go. Spojrzałem na ekran i zobaczyłem jedną nową wiadomość z nieznanego numeru: „Jeśli zawiadomisz psy, ruda zginie już teraz. Obserwujemy cię.” Teraz wściekłość wzięła górę nad uczuciem rozpaczy i strachu. Spojrzałem jeszcze raz na sms i przycisnąłem „połącz”. Przez chwilę trwała cisza, po czym usłyszałem komunikat „Wybrany numer nie istnieje, prosimy sprawdzić go i wybrać ponownie”
– Kurwa! – wrzasnąłem na całe gardło. Pieprzyć to! Mało to filmów widziałem? W ilu książkach porywacze czy inni gangsterzy stawiają takie warunki? Sam niczego nie dokonam, muszę zadzwonić. Przez chwilę próbowałem się uspokoić i ułożyć w głowie taką informację, która będzie rzeczowa. Nie miałem zamiaru opowiadać przez telefon o autostopowiczce, dyktafonie i tym wszystkim, co pewnie sprawiłoby, że wzięli by mnie za pijanego albo chorego psychicznie. Najważniejsze, żeby przyjechali jak najszybciej. Może znajdą jakieś odciski opon? Popatrzyłem za okno auta i zdałem sobie sprawę, że trwająca wciąż burza wykreśliła ten punkt z działań techników kryminalnych. Szczerze mówiąc, nawet nie liczyłem na to, że ktokolwiek taki przyjedzie. Od czegoś jednak musiałem zacząć. Wybrałem numer i czekałem… „Numer alarmowy 112, proszę czekać na zgłoszenie się operatora”. Po kilku sygnałach odebrał jakiś facet. Rozmawiał jakby przed chwilą skończył szkolenie. Był rzeczowy, pytał o miejsce zdarzenia i czy ktoś jest ranny lub nieprzytomny i czy ma wysłać także ambulans.

– Tu jest potrzebna tylko policja! – powiedziałem starając się zachować spokój.
– Rozumiem – radiowóz powinien być za kilka minut, proszę czekać.
– Niczego innego nie robię – mruknąłem  – Czy nie zna Pan numeru do kogoś, kto dorabia kluczyki do samochodów? No, wie pan, takie pogotowie kluczykowe…
– Nie mogę udzielać takich informacji na linii numeru alarmowego, gdyż ktoś w tym czasie może próbować się dodzwonić potrzebując kontaktu ze mną.
– Ok – powiedziałem i rozłączyłem się. Odpowiedź tego faceta trwała dłużej niż podanie mi tego cholernego numeru.
Kilkanaście minut później zobaczyłem radiowóz parkujący tuż obok mnie. Deszcz ustawał. Dwóch policjantów podeszło do samochodu. Odsunąłem szybę. Przedstawili się z imienia, nazwiska i stopnia. Wszystkie te informacje natychmiast uleciały mi z pamięci.
– Czy to pan nas wzywał? – zapytał wyższy wzrostem i chyba stopniem.
– A widzi Pan tu jeszcze kogoś? – burknąłem, co spowodowało lekki uśmiech na twarzy drugiego policjanta i grymas niezadowolenia drugiego.
– Zapraszam do radiowozu i proszę zabrać dokumenty.
Sprawdziłem szybko schowek. Na szczęście mój portfel był na swoim miejscu. Wsiadłem na tylne siedzenie niebiesko srebrnej Kii Cee’d i podałem dokumenty siedzącym z przodu. Wyższy zajął się spisywaniem wszystkich moich danych, a drugi obrócił się do mnie.
– I co tu się właściwie wydarzyło – zapytał tonem, jakby chciał się dowiedzieć jak podoba mi się okolica.
– Sam chciałbym kurwa wiedzieć – odparłem rozkładając ręce.
Obaj zbyli to milczeniem. Siedzący za kierownicą nadal spisywał wszystko, co możliwe. Jego kolega siedział nieruchomo. Raz po raz odzywało się policyjne radio, na które obaj funkcjonariusze nie zwracali najmniejszej uwagi.

– Dziękuję – powiedział policjant oddając mi dokumenty i dodał – Musimy jeszcze sprawdzić pana trzeźwość.
– Jasne, to teraz najważniejsze – mruknąłem i dmuchnąłem w kierunku alkoholomierza.
– Zero, zero – powiedział niższy głosem, jakby właśnie spotkało go coś przykrego.
– Musimy pojechać na komendę i tam spiszemy zeznania – odezwał się wyższy.
– Nie sprawdzacie żadnych śladów? Przecież tu doszło do porwania i być może czegoś jeszcze gorszego! – powiedziałem ostro.
Popatrzyli na siebie w sposób, jakby mieli do czynienia z obłąkanym.

– Ślady? Czego? Ulewa wszystko zmyła – powiedział kierowca Kii.
– Pana samochodu też nie ma co sprawdzać, bo co tam niby mielibyśmy znaleźć? – dodał jego kolega.
– Żałuję, że nie zadzwoniłem po taksówkę zamiast po was. Zaoszczędziłbym czasu i nerwów…
– Nie ma co się denerwować – powiedział niższy policjant –  Pojedziemy na komisariat, spiszemy pana zeznanie i zajmiemy się sprawą.
Wiara w ich umiejętności i zdolności równały się zeru. Naprawdę żałowałem, że zadzwoniłem pod 112. Zwłaszcza, że dostałem ostrzeżenie w smsie aby nie kontaktować się z policją. Teraz było już jednak za późno. Postanowiłem, że na komendzie nie powiem niczego więcej, niż przez telefon podczas zgłoszenia.

– Panowie, zanim pojedziemy powiedzcie, czy jest w okolicy ktoś, kto dorabia kluczyki do samochodu? – zapytałem. – Ktokolwiek uprowadził moją dziewczynę zadbał o to, abym nie mógł stąd odjechać – dodałem.
– Staszek umie dorabiać kluczyki – powiedział niższy, bardziej do swojego kolegi niż do mnie.
– No, nie od dziś się tym zajmuje, choć od niedawna legalnie – zarechotał.
– Dacie mi do niego numer? – poprosiłem.
– Najpierw zeznania – orzekł ważniejszy z gliniarzy.

Chcąc nie chcąc, pozamykałem drzwi od wewnątrz i zatrzasnąłem samochód.

– Mam nadzieję, że nie potrwa to długo – powiedziałem, a oni przybrali taki wyraz twarzy, jakby wszystko zależało tylko ode mnie.
W niewielkim pomarańczowym budynku, w którym mieścił się komisariat, straciłem niemal dwie godziny. Wyszedłem na zewnątrz i zapaliłem papierosa. Stojąc pod niewielkim daszkiem wyjąłem wyciszony wcześniej telefon, żeby zadzwonić do Staszka – speca od kluczyków. Miałem jedną nową wiadomość z kolejnego, nieznanego numeru: „Wiedziałem, że pójdziesz na psiarnię. Zaryzykowałeś, ale masz szczęście. Ruda nadal żyje.” Nawet nie próbowałem zadzwonić pod ten numer. Zamiast niego, wpisałem numer komórki Staszka i przycisnąłem „połącz”. Chwilę później pod posterunek podjechał czarny Lexus. Albo okoliczni mieszkańcy nagminnie gubili kluczyki, albo ślusarska działalność Staszka była jednym z wielu rzeczy, którymi się zajmował. Dla mnie było to bez znaczenia. Po dotarciu na parking powiedział, żebym poczekał na niego w Lexusie i poprosił o dowód rejestracyjny. Zdziwiony uniosłem brwi.

– Potrzebuję VIN do dorobienia kluczyka – powiedział jakby każdy powinien o tym wiedzieć.

Wziął niewielką skrzynkę na narzędzia oraz niebieską, plastikową walizkę i ruszył w stronę Forda. Otworzył go po kilku sekundach.
Wsiadł do auta i na fotelu pasażera urządził sobie warsztat. Po kilkunastu minutach usłyszałem dźwięk uruchamianego silnika. Facet wysiadł z mojego auta zadowolony, jakby właśnie pobił swój życiowy rekord czasowy.

– Należą się cztery stówy – orzekł.

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że chyba nie mam przy sobie gotówki. Zazwyczaj płaciłem kartą lub telefonem.

– Mogę panu zrobić szybki przelew na telefon? – zapytałem z nadzieją.
– Na telefon to mi pan może smsa wysłać. Tylko gotówka – powiedział.

Moje wcześniejsze przypuszczenia, co do działalności prowadzonej przez Staszka, właśnie się potwierdziły. Na szczęście miałem przy sobie pięćset złotych. Przed wyjazdem wypłaciłem je z bankomatu, biorąc pod uwagę to, że jeśli zatrzymamy się na obiad gdzieś po drodze, będzie to jedyna honorowana forma płatności. Podałem cztery banknoty chłopakowi, a on włożył je pomiędzy plik innych setek i włożył do tylnej kieszeni spodni.

– Masz pan teraz lepszy niż oryginalny – zapewnił fachowiec. – Ford ma najgorsze kluczyki – znam się na tym – zakończył i pożegnał się podnosząc rękę przez otwartą szybę Lexusa.

Wsiadłem do Forda, włączyłem światła i ruszyłem w stronę Torunia. Kilkanaście kilometrów dalej, zapaliła się kontrolka paliwa. Nie lubiłem jeździć na rezerwie, więc zatrzymałem się na najbliższej stacji. Skrzywiłem się widząc logo Orlenu, zwłaszcza, że towarzyszyło mu hasło „tanie tankowanie.” Zatankowałem za równowartość gotówki, jaką miałem przy sobie, jednak wychodząc zatrzymałem się w drzwiach i zawróciłem.

– Poproszę jeszcze butelkę Ballantines’a – powiedziałem do dziewczyny za ladą.
– Karta czy gotówka? – zapytała.
– Karta.
– Proszę – uśmiechnęła się – i podsunęła terminal.

Chwilę czekałem, trzymając butelkę w ręku.

– Niestety odmowa… – powiedziała, i udała, że zrobiło się jej przykro.
– Spróbujmy jeszcze raz – powiedziałem i przyłożyłem Master Card do terminala.

Sytuacja się powtórzyła.

– Może gotówką? – zaproponowała z lekkim zniecierpliwieniem, bo za mną stało już kilka osób, a pozostałe stanowiska były nieczynne.
– Nie mam gotówki, ale mam jeszcze inną kartę.

Zbliżyłem kartę przypisaną do firmowego konta – z takim samym skutkiem. Odłożyłem butelkę, przeprosiłem i skierowałem się w stronę wyjścia. Zatrzymałem się przy bankomacie stojącym przed stacją, łudząc się, że być może orlenowski terminal nie działa jak trzeba. Wybrałem opcje „sprawdź dostępne środki”, w przypadku obydwu kart pokazało się zero. Wsiadając do auta, usłyszałem odgłos kolejnego smsa. „I jak sobie teraz poradzisz?” Zastanów się, jak ty sobie poradzisz, kiedy cię dorwę – pomyślałem i ruszyłem w stronę domu. Do naszych kont miała dostęp tylko Kasia i ja. Czy zmusili ją aby zalogowała się do banków, a potem przelali pieniądze na jakieś konto, którego właściciela nigdy nie znajdziemy? Uśmiechnąłem się, bo nadal używałem liczby mnogiej. Mój mózg nie dopuszczał innych myśli. Jechałem pogrążony w myślach. Moja wyobraźnia pokazywała mi obrazy więzionej dziewczyny, w jakimś strasznym miejscu. Potrząsnąłem głową, aby odpędzić te kadry, na których porywacz lub porywacze zbliżali się do Kaśki. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić, to dostać się do domu. Problem tkwił w tym, że kompletnie nie wiedziałem, co dalej robić. Zaparkowałem przed blokiem, w którym dwa lata temu kupiliśmy mieszkanie. Siedemdziesiąt dwa metry naszego azylu. Wspólnie go urządzaliśmy i uwielbialiśmy spędzać w nim czas. Dodatkową zaletą tego mieszkania, jako że było na czwartym, ostatnim piętrze, był ogromny taras. Wszedłem na klatkę schodową, a następnie do windy. Chwilę później, drzwi rozsunęły się z cichym sykiem, a ja zobaczyłem drzwi naszego mieszkania, zaklejone taśmą z napisami „POLICJA”.

– Ja pierdolę! – wyrwało mi się chyba na tyle głośno, że drzwi po prawej stronie uchyliły się i w szczelinie między nimi, a framugą pokazała się głowa pani Adeli. Matka sąsiada opiekowała się jego mieszkaniem za każdym razem, kiedy wyjeżdżał na kilka dni w interesach. Nigdy nie dowiedzieliśmy się od niej, czym zajmuje się jej syn. On sam też tego nie zdradził. Nie było wielu okazji aby porozmawiać – zdawkowe wymiany zdań przy lub w windzie lub na parkingu. Nie wyglądał na zbyt towarzyskiego i nie wzbudzał sympatii. Nasze stosunki były poprawne.
– Panie Marku! Pan żyje! Dzięki Bogu, tak się martwiłam! – ucieszyła się kobieta.
– Nie wiem czy dzięki niemu, ale to, że żyję, to fakt – odpowiedziałem najgrzeczniej jak umiałem. – Co tu się stało?
– Nie wiem, myślałam, że pana zabili albo panią Kasię! Tyle się tego ogląda w telewizji, tyle tych nieszczęść na całym świecie! W zeszły piątek na przykład, oglądałam taki program w telewizji o staruszce, która…
– Pani Adelo – przerwałem jej – Proszę powiedzieć, co Pani widziała dzisiaj. I tutaj – dodałem dla pewności.
– No to zaraz jak się skończył Teleekspress, usłyszałam, że do waszych drzwi ktoś się dobija. Tak się wystraszyłam, że nie mogłam się ruszyć. Ale kiedy usłyszałam wołanie „Policja! Otwierać!” od razu otworzyłam drzwi…
– A gdyby to byli gangsterzy, którzy tak hałasowali, tylko po to, aby pani wyszła na klatkę, bo chcieli okraść mieszkanie pani syna? – nie mogłem sobie odmówić pouczającej dygresji, ale kiedy zobaczyłem jej okrągłe z przerażenia oczy, od razu tego pożałowałem. – Spokojnie, na szczęście tak nie było. Proszę mówić dalej.

Popatrzyła na mnie, jakby upewniając się, że z niej nie żartuję i kontynuowała.

– No więc, otworzyłam te drzwi, bo przecież to drogie rzeczy są, a jakby zniszczyli, to kto by za to płacił? Patrzę na nich i mówię, że zamiast tak walić i krzyczeć, to się najpierw puka, dzwoni albo w ostateczności pyta się sąsiada…
– Słusznie – dodałem rozbawiony, mimo, że wcale nie było mi do śmiechu.
– A jeden z nich mi mówi, że co ja mam do tego mieszkania, a ja mu na to, że mam… klucze mam! – powiedziała z dumą – Bo przecież jak państwo wyjeżdżali, to pani Kasia poprosiła mnie, żebym kwiatki podlała jak będzie gorąco – zwłaszcza te na tarasie.

Nie wiedziałem o tym. Teraz pojawiała się w mojej głowie iskierka nadziei.

– Ma pani te klucze? – zapytałem.
– A gdzie tam! Zabrali i tylko pokwitowanie mi zostawili – odparła zasmucona – Chce pan?
– Pokwitowaniem to ja drzwi nie otworzę. Czego chcieli, czego tu szukali? – zapytałem podchodząc bliżej sąsiadki. Odruchowo cofnęła się o krok.
– Raczej kogo – powiedziała głosem znawcy niejednego przeczytanego kryminału i zaczęła przyglądać mi się nieco podejrzliwie – A gdzie pani Kasia? – zapytała, jakby dopiero teraz zorientowała się, że nigdzie jej nie widzi.
– Też chciałbym to wiedzieć – mruknąłem i zacząłem zbiegać po schodach.
– Jakby co, to ja nikomu nie powiem, że pan tu był – usłyszałem jeszcze z góry.

Skoro policja była u mnie w mieszkaniu, sprawa mogła być bardziej złożona niż przypuszczałem. To nie było zwykłe porwanie dla okupu. Jeżeli w uprowadzenie Kasi byli zamieszani ci sami ludzie, którzy porwali moją dziewczynę, wyczyścili nasze konta i donieśli na nas na policję, zdecydowanie potrzebowałem czyjejś pomocy. Wsiadłem do samochodu i odjechałem. Jeśli policjanci obserwowali budynek, w którym mieszkałem, widzieli jak wchodzę do środka. Wiedzieli też, że nie uda mi się wejść do mieszkania. Być może czekali myśląc, że przenocuje mnie sąsiadka, albo liczyli na to, że wkrótce wyjdę, wsiądę w samochód i doprowadzę ich do czegoś, czego szukali. Szedłem do Forda zastanawiając się, jak to możliwe, że jeszcze klika godzin wcześniej, moje życie było zupełnie inne. Teraz znalazłem się w irracjonalnym świecie, w którym według organów ścigania, byłem jednocześnie ofiarą i oprawcą. Robiłem wszystko, aby nie rozglądać się wokół. Chciałem, aby potencjalni obserwatorzy, byli przekonani, że niczego nie podejrzewam. Wsiadłem do samochodu i powoli ruszyłem autem w stronę wyjazdu. Nikt za mną nie ruszył. Przejechałem bardzo wolno, jeszcze kilkaset metrów, zanim w lusterku zobaczyłem samochód jadący z podobną prędkością. Nikt o tej godzinie zazwyczaj nie jeździł w takim tempie. Nie byłem przekonany, czy rzeczywiście jestem śledzony, czy tylko mi się wydaje. Po prawej stronie zobaczyłem niewielką budę z kebabem. Byłem głodny, ale bez pieniędzy i tak nie miałem na co liczyć. Wysiadając z auta, dyskretnie spojrzałem na mijający mnie samochód. Zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej na poboczu i wyłączył światła. Nikt z niego nie wysiadł. Przy okienku budy, mając za widza tylko Turka, którego wyrazu twarzy nie zapomnę – wykonałem pantomimę pod tytułem „jak to nie ma drobiowego?!” lub „mam czekać 10 minut?!” Zawróciłem do Forda i wyjąłem telefon. Jednocześnie obserwowałem samochód, który dotychczas jechał za mną. Uruchomiłem silnik i wyszukałem numer Karola. Tylko on mógł mi w tej chwili pomóc. Znaliśmy się od dzieciństwa. Nigdy się z nikim nie związał, mieszkał sam na obrzeżach Torunia. Cenił sobie spokój i naszą wieloletnią przyjaźń. Odebrał po drugim dzwonku.

– Cześć Buła – jesteś w domu?
– A jak myślisz? – odpowiedział Buławski.
– Świetnie. Potrzebuję flaszki, noclegu i pogadać.
– To po co dzwonisz zamiast przyjechać? Przez telefon mogę tylko pogadać – powiedział bez pytania o szczegóły.
– Ok, powinienem być za jakieś 20 minut – powiedziałem.
– Ta, jasne… mieliście być z Kaśką u mnie w zeszłym tygodniu i jakoś się was nie doczekałem…
– Przecież wiesz, że wtedy nie mogliśmy… dzwoniłem…
– Dobra, wpadaj. Zamówię coś do żarcia. Na kolację przy świecach nie licz – zaśmiał się, jakby właśnie opowiedział świetny żart, po czym się wyłączył.

Stałem jeszcze przez chwilę z włączonym silnikiem. Policjanci, czy kimkolwiek byli śledzący mnie ludzie, nie mogli go słyszeć. Czekałem aż z naprzeciwka pojawią się jakieś samochody. W końcu pojawiło się kilka aut sunących bez pośpiechu, jedno za drugim. Kiedy sznur aut był dość blisko, zerknąłem w boczne lusterko, wcisnąłem gaz skręcając maksymalnie w lewo, włączając jednocześnie światła. W ostatniej chwili zobaczyłem, włączające się do ruchu auto mojego „ogona”. Przycisnąłem pedał gazu niemal do podłogi. Szybko zmieniałem biegi. Na najbliższym skrzyżowaniu skręciłem w prawo, na następnym także w tę stronę i na kolejnym znów powtórzyłem manewr. Gdy dojechałem do ulicy, na której przed chwilą parkowałem, nie zobaczyłem żadnego auta. Skręciłem w lewo i przyspieszyłem. Po kilku minutach wjechałem w małą osiedlową uliczkę i zaparkowałem za blokiem. Od strony ulicy nikt nie mógł zobaczyć samochodu. Zapaliłem papierosa stojąc w cieniu drzew okalających śmietnik. Pomyślałem, że mam stąd dobry widok na przejeżdżające samochody, a jeśli ktoś dostrzeże żar papierosa w okolicy pojemników na śmieci, pomyśli raczej o żulu szukającym puszek, a nie o mnie. Zaczekałem jeszcze kilka minut i upewniwszy się, że nikt mnie nie śledzi, pojechałem prosto do Karola. Pomyślałem jeszcze, że niezbyt roztropnie byłoby parkować koło domu przyjaciela. Ktoś mógł zauważyć moje auto i donieść… tym, którzy z jakiegoś powodu, koniecznie chcieli mnie znaleźć. Ponownie wybrałem numer do Buły.

– Zabłądziłeś, czy ci paliwa zabrakło? – zarechotał.
– Masz jeden garaż wolny? – zapytałem, bo wiedziałem, że ma dwa, ale nie byłem pewny, czy ilość samochodów Karola się zmieniła.
– Tak, oferuję Ci garaż, gorącą kolację, alkohole nisko i wysokoprocentowe i mój bezcenny czas. Czy życzy Pan sobie, abym rozpalił węgle w saunie? – wyrecytował na jednym oddechu.
– Pytam poważnie – powiedziałem. Najwyraźniej Buławski nie miał pojęcia, co się stało.
– To twój dobry dzień – trzy dni temu sprzedałem Audi. Otworzę bramę, bo chyba niedługo się dowleczesz tym twoim złomem?
– Będę za dwie minuty – powiedziałem i wyłączyłem telefon. „Mój dobry dzień” – faktycznie.

Brama wjazdowa i drzwi od lewego garażu były otwarte. Zamknąłem garaż i ruszyłem w stronę wejścia do domu. Karol stał w drzwiach z uśmiechem od ucha do ucha.

– Kto by pomyślał, że dziś zaszczycisz mnie swoją obecnością! Byłem przekonany, że spędzimy ten wieczór tylko we dwoje.
– Ktoś u ciebie jest? Zdziwiłem się i odruchowo zatrzymałem przed drzwiami.
– Oprócz mnie jest tylko flaszka, duża i ma bogate wnętrze. Przyjechałeś, więc zrobimy sobie trójkącik – parsknął śmiechem i klepnął mnie w plecy – Właź…

Opowiedziałem Karolowi wszystko, co spotkało mnie tego dnia. Z każdym zdaniem poważniał. W połowie opowiadania, moja komórka odezwała się po raz kolejny dzisiejszego dnia. Kolejny sms, z kolejnego nieznanego numeru: „Zrobiłeś kolejny błąd. Jutro będziesz miał ostatnią szansę.” Odwróciłem ekran w stronę przyjaciela.

– Zobacz pozostałe. Przeczytaj, żebyś nie pomyślał, że zwariowałem – powiedziałem.
– O tym pomyślałem już kilkanaście lat temu – uśmiechnął się lekko.
– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytałem.
– Mnie pytasz? – powiedział spokojnie.
– Przecież to jakieś chore… jeśli wiedzą o mnie tak dużo, w każdej chwili mogą się tu zjawić, a ja nawet nie wiem, kto i czego ode mnie chce – podsumowałem dzisiejszy dzień spuszczając głowę.
– Nie popadaj w paranoję chłopie – skwitował Buła – Nikt cię tu nie znajdzie…

W tej samej chwili odezwał się dzwonek domofonu. Niemal podskoczyłem na sofie w salonie. Karol wstał, podszedł do urządzenia przy drzwiach i włączył niewielki ekran LCD. Na wyświetlaczu zobaczyłem faceta z czerwoną torbą.

– Pizza przyjechała – powiedział, oglądając się w moją stronę i kręcąc głową.
Odebrał jedzenie, podziękował i dał zbyt duży napiwek. Jedliśmy pepperoni popijając whisky, a ja kontynuowałem swoją opowieść. Gdy doszedłem do końca, Buła popatrzył na mnie poważnie, a potem nalał kolejną szklankę.

– Na twoim miejscu zastanawiałbym się, kim się bardziej przejmować – tobą czy Kaśką.

– Na moim miejscu, sto razy bardziej martwię się o nią niż o siebie. Co jednak będzie z nią, kiedy ja nie będę mógł jej pomóc? – zapytałem, nie czekając na odpowiedź. Byłem wdzięczny, że Buła tym razem wstrzymał się z kolejnym żartem. Wstał, wyrzucił kartony od pizzy do tak wielkiego kosza w kuchni, jakby był zaprojektowany specjalnie do tego. Wziął ze stołu butelkę i popielniczkę.
– Weź szklanki i chodź na taras. Trzeba to wszystko przemyśleć i zastanowić się co robić dalej – powiedział tonem, jakim rodzic mówi do dziecka „wszystko będzie dobrze”.
– Mówisz o jutrze? – bardziej stwierdziłem niż zapytałem.
– Mówię o flaszce, wystarczy ta, czy iść po następną – powiedział ze śmiechem i zaraz potem podniósł ręce, robiąc minę niewiniątka.

Wszystko, co przytrafiło mi się tego dnia, sprawiało, że alkohol niemal na mnie nie działał. Spodziewałem się rozluźnienia i uspokojenia, jednak poziom adrenaliny był tak wysoki, że nawet kilka szklanek whisky słabo na mnie działało. To był chyba pierwszy raz, kiedy Buła wiedział, że dotrzymuję mu kroku. W trakcie rozmowy przyniósł drugą butelkę i pytająco spojrzał zatrzymując butelkę nad moim szkłem. Kiwnąłem głową. Nie wiem, o której Karol zaprowadził mnie do gościnnego. Pamiętam, jak przez mgłę, jak trafiłem do łóżka. Zasnąłem niemal natychmiast wierząc, że jutrzejszy dzień, w jakiś cudowny sposób, rozwiąże wszystkie dzisiejsze problemy. Musiałem odpocząć. Potrzebowałem snu. Wyrwał mnie z niego odgłos potężnego wybuchu i huk wyważonego okna, którego skrzydła uderzyły o ściany. Zerwałem się na równe nogi, gotowy do obrony lub… rzucenia się na podłogę. Była noc, a moje oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do ciemności. Gdzie latarki? Dlaczego nie słyszę krzyków „gleba!” i tym podobnych zachowań policji znanych z filmów? Chwilę później niebo rozświetliła błyskawica, zmieniając swoje kształty przez dwie lub trzy sekundy.

– Kochanie, dlaczego stoisz przy otwartym oknie? Wiatr jest chyba z tej strony. Zamknij proszę, bo zaleje nam sypialnię…
– Kasia? – zapytałem nieswoim, trzęsącym się głosem.
– Nie, Jadzia! – powiedziała i roześmiała się.

Usiadłem koło niej i mocno przytuliłem. Rozległ się kolejny potężny grzmot i tym razem to ona przylgnęła do mnie mocniej.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę – szepnąłem.
– Nie wiedziałam, że burza tak na ciebie działa – powiedziała – Muszę sprawdzić prognozę na najbliższe tygodnie. A teraz zamknij to okno i się połóż. Zapomniałeś, że jutro jedziemy do Kołobrzegu?

EPILOG

Szliśmy w kierunku parkingu, wyposażeni we wszystko, co było nam potrzebne przez następne kilka dni. Otworzyłem auto i podałem jej kluczyki. Włożyłem bagaże i usiadłem obok niej.

– Na pewno chcesz, żebym to ja prowadziła? – zapytała.
– Tak, jeśli dasz radę dotrzeć nad morze bez żadnych przystanków.

Spojrzała na mnie unosząc brwi.

– Jestem ciekawy, ile jest prawdy w twoich przechwałkach o szybkiej jeździe i nadzwyczajnych umiejętnościach radzenia sobie w trasie.
– Tylko, żebyś nie piszczał ze strachu – zaśmiała się.
– Tylko, żebyś nie wydała całej naszej kasy na mandaty – odparowałem.

Mniej więcej w połowie drogi Kasia dostrzegła autostopowiczkę.

– Zabiorę ją – ona, tak jak my, chce jechać do Kołobrzegu.
– Nie ma mowy! – powiedziałem ostro – Przecież się umawialiśmy: żadnych przystanków – dodałem łagodniej i położyłem dłoń na jej ręce, kiedy zmieniała bieg. Kiedy mijaliśmy dziewczynę z kciukiem uniesionym w górę, dostrzegłem, że zmieniła go na środkowy palec.

Miała zieloną asymetryczną fryzurę.

 

Styczeń, 2022

——————————————————-

Podobało Ci się? Możesz postawić mi kawę 🙂

Dziękuję!

 

 

Facebook
Instagram
napisz do mnie